Proste rzeczy, Grzegorz Zariczny, 2020

…czyli niezałatwione sprawy z przeszłości i filmoterapia planowa.

Dziś o filmie, który w pokwarantannowym, kinowym zawrocie głowy mógł dość łatwo umknąć Waszej uwadze. Chciałabym go mimo wszystko ocalić odrobinę od zapomnienia, bo w moim odczuciu jest w nim coś, co uchyla drzwi nieoczywistym wątkom psychologicznym w polskim kinie i jest dla niego powiewem świeżości. Niełatwo jest przekazać emocje i sprawy związane z duchowością na ekran. Podczas oglądania istnieje duże ryzyko „odbicia się” od emocjonalnych aspektów, na których zależało twórcom. Przez ten film moim zdaniem można przejść całkiem łagodnie. Musicie wiedzieć, że odtwórcy dwóch głównych ról nie posiadają wykształcenia aktorskiego, a scenariusz przenika się z autentycznymi wydarzeniami z ich życia i ma dla reżysera charakter autobiograficzny. Proces produkcji filmu był także emocjonalnym procesem dla aktorów, który domknął się wraz
z zakończeniem zdjęć. Wiele scen z filmu jest improwizowanych i stanowi autentyczny zapis naturalnych interakcji pomiędzy aktorami.
Filmoterapia planowa w niemalże czystej postaci – to lubię!

W pierwszej scenie poznajemy Błażeja (Błażej Kitowski), który właśnie nagrywa grupową sesję pracy z ciałem metodą Alexandra Lowena… brzmi tajemniczo, prawda? Takie może się na pierwszy rzut oka wydawać. Jest to metoda pracy z ciałem, która opiera się na założeniu, że nasze ciało pamięta wszystkie przeżyte przez nas emocje i traumy. My zaś poprzez pracę z nim możemy uwolnić nagromadzone emocjonalne napięcie i dzięki temu powrócić do psychicznej równowagi. Nie musimy jednak wiedzieć tego wszystkiego. Wystarczy, że popatrzymy na poruszonych uczestników spotkania i wysłuchamy tego, co mówią o swoich doświadczeniach.
Błażej obserwuje ten proces z bliska i okazuje się, że nie pozostaje na niego obojętny.

Nasz bohater wraz ze swoją żoną Magdą (Magdalena Sztorc) oraz córką Alą (prawdziwa córka odtwórcy roli) zamieszkują w jednej z podwarszawskich wiosek. Zawsze marzyli o ucieczce od zgiełku miasta i wreszcie im się to udało. Właśnie zaczynają remont niedużego domu. Czujemy od nich wolnego ducha. Mogłoby się wydawać, że mają wszystko, co jest potrzebne do szczęścia… a jednak coś nie gra. Pomiędzy Błażejema Magdą wieje chłodem. Ona jest zmęczona i mamy wrażenie, że nie wie czego chce, on próbuje wywiązywać się z roli męża i ojca na wszystkie znane sobie sposoby, a tych niestety nie zna zbyt wielu. Błażej wychował się bez ojca, który pił i porzucił rodzinę. Na domiar „złego”, po obejrzeniu sesji metodą Lowena bohater zaczyna kopać w swoich wspomnieniach i emocjach, próbując zrozumieć swoją przeszłość i skonfrontować się z krzywdami, jakie wyrządził mu ojciec. Przewodnikiem w tym procesie staje się dość tajemniczy wujek (Tomasz Schimscheiner i jego niebywały warsztat aktorski), który udziela Błażejowi odpowiedzi na nurtujące go pytania. Dla Magdy to niepotrzebne wywoływanie duchów, grzebanie w starych ranach. Błażej za to zaczyna zdawać sobie sprawę, że bez rozprawienia się z duchami przeszłości
i oczyszczenia ran ma niewielkie szanse na zbudowanie szczęśliwego
i stabilnego „tu i teraz”.

Problemy z ogrzewaniem domu mają też symboliczny wymiar.
fotos z filmu / Nowe Horyzonty / materiały dystrybutora

Warto zastanowić się nad paroma sprawami:

🖤 Jak Magda i Błażej komunikują się ze sobą?
🖤 Jak nazwać towarzyszące im uczucia?
🖤 Jak nazwać stojące przed każdym z nich wyzwania?
🖤 Co konkretnie może stać na drodze do ich szczęścia?
🖤 Co uzyskał Błażej „rozdrapując rany”? Co to był za proces?

Przy całej psychologicznej głębi filmu, reżyser zadbał o to, by nie był on dla widzów szczególnie obciążający. Nie brakuje w nim zabawnych scen (absolutnie genialny pies Falkor) i interesujących sekwencji. Fabuła płynie swobodnie i nabiera często barw charakterystycznych dla dokumentu,
a jednak nie brakuje wątków, które można śledzić z żywym zainteresowaniem. Jest w tym coś z podglądactwa, jakbyśmy weszli do domu bohaterów i okiem kamery przyglądali się ich intymnej codzienności.
Dzięki temu – jeśli tylko chcemy poświecić temu uwagę – możemy jak
w lustrze obejrzeć to, czego w naszej codzienności i bliskości z drugim człowiekiem doświadczamy sami. Dla mnie jest to film o odwadze do konfrontowania się z demonami przeszłości na rzecz szczęśliwszej przyszłości. Z myślą o sobie i osobach, które się kocha.