C’mon C’mon, Mike Mills, 2022

Tak powinna wyglądać komunikacja z dziećmi. Podczas tego filmu myślałam
o dzieciach z mojej rodziny.”

„Po wyjściu z sali miałam ochotę przytulać innych ludzi.”

To cytaty osób, z którymi rozmawiałam o tym filmie. Ja sama, przyznam szczerze, że siadając do napisania tego posta, nie mam pojęcia, co z niego powstanie. Nie wiem, gdzie zaniosą mnie moje własne odczucia na temat seansu. To właśnie wydaje mi się być w C’mon C’mon najbardziej magiczne. Rozmawiałam na jego temat z wieloma osobami i wszyscy mówią jednym głosem: to zachwycający, poruszający obraz. Jest jednak jedno ale – każda
z nich odebrała opowiedzianą historię nieco inaczej i ma na jej temat inne przemyślenia.
Różnie postrzegają bohaterów, opuszczają kinową salę
w odmiennych stanach: jedni chcą przytulać potrzebujące tego osoby, drudzy sami potrzebują zostać przytuleni. Podczas napisów ocierają łzy,
lub uśmiechają się. Dlatego właśnie tak trudno jest mi się z C’mon C’mon zmierzyć. To jeden z tych filmów-luster, w których odbijamy samych siebie
i swoje doświadczenia wyjątkowo mocno.

No, dalej! Podejmuję wyzwanie!

Zacznijmy od nakreślenia „tu i teraz”. Johnny (Joaquin Phoenix) jest dziennikarzem radiowym. Przemierza Stany w poszukiwaniu flagowych dla siebie materiałów. Są nimi rozmowy z dziećmi. W czasie tych konwersacji Johnny zadaje im ważne pytania. Są związane głównie z sensem życia, wizją przyszłości własnej i świata oraz roli międzyludzkich relacji. Jest świetny
w tym co robi i mimo zmęczenia tułaczką po pustych, hotelowych pokojach – czujemy, że kocha to zajęcie. Wydaje się też niestety, że jest ono wszystkim, co ma.

Wir pracy Johnnego przerywa telefon od jego siostry. Oboje nie są
w szczególnie dobrych relacjach, ale Viv (Gaby Hoffmann) po prostu potrzebuje pomocy. Jej mąż, artysta, aktualnie przebywa w innym mieście
i doświadcza dość gwałtownych problemów natury psychicznej. Viv planuje do niego pojechać, aby udzielić mu wsparcia. Nie ma jednak z kim zostawić ich wspólnego syna, Jesse’ego (Woody Norman). Sprawa jest więc prosta: Johnny ma zaopiekować się w tym czasie Jesse’m.

Joaquin Phoenix, Woody Norman
Fotos z fimu / Gutek Film / materiały dystrybutora

Jaki jest Jesse? Jego mama mówi o nim, że dziwny. Nie jest jednak tym zaniepokojona – bardzo go kocha i pozwala wyrażać siebie na wszelkie sposoby. On sam, jako chłopiec nad wyraz dojrzały na swój wiek, jest swojej dziwności świadomy. Jesse pierwszą pobudkę urządza Johnnemu włączając bardzo głośno klasyczną muzykę. Opowiada o niesamowitych, grzybnych konstrukcjach, jakimi porozumiewają się ze sobą drzewa. Nie lubi, gdy cokolwiek jest zrobione czy powiedziane w „należyty” sposób. Tak, to niezwykły chłopiec. Obdarzony niebywałą inteligencją, wrażliwością
i poczuciem humoru.

Woody Norman, Joaquin Phoenix
Fotos z fimu / Gutek Film / materiały dystrybutora

Johnny ma duże doświadczenie w pracy z dziećmi i na pierwszy rzut oka Jesse nie jest dla niego szczególnym wyzwaniem. Czy aby na pewno?

💙 Przed jakimi wyzwaniami postawi go siostrzeniec?
💙 Skąd może wynikać potrzeba chłopca do stawiania mu wyzwań?
💙 Rodzice Jesse’go – jakie stwarzają mu warunki do rozwoju? Jaki obraz świata buduje sobie przy nich chłopiec?
💙 Jesse w relacje z Johnnym – jak wygląda ich komunikacja?
💙 Czego uczą siebie nazwajem?
💙 Co Jesse obudził w Johnnym?
💙 Czy są do siebie podobni?
💙 Czy dorosły=dojrzały? Czego oczekiwał w tej kwestii Jesse?
💙 Przede wszystkim: jak poszczególne sceny działają na WAS? Dlaczego akurat te?

C’mon C’mon to film o dzieciństwie. Nie mniej, niż o dorosłości. To film
o zaufaniu. I o tym, jak łatwo je stracić, gdy zrani się małą, delikatną istotę. To również film o porozumieniu bez względu na wiek. Oraz o tym, jak czasem trudno je nawiązać, gdy zapomniało się o dziecku wewnątrz nas.
To film o mierzeniu się ze sprawami, na które nie jesteśmy gotowi.
Oraz o gotowości, jaką zyskujemy z czasem. To film o wyrażaniu emocji.
O rozpaczy. Beztrosce. Miłości. Radości. Bezradności. Gniewie.
Również
o tym, co bardzo trudno jest wyrazić, nawet będąc w bliskiej relacji. To film
o tym, że na wszystko potrzebujemy czasu. I że musimy pchać nasze życie
i wartościowe relacje do przodu. To film o tym, że emocje i relacje to tak naprawdę wszystko, co mamy.

Tak naprawdę, każda i każdy z Was zobaczy w tym filmie co innego. To jest jego ogromna siła i piękno. Niezależnie od tego, czy C’mon C’mon rozgrzeje Wasze serca i doda otuchy, czy sprawi, że w czasie seansu po Waszych policzkach spłyną łzy – uwierzcie, że warto. Jest to film na wskroś nowoczesny, zarówno w formie jak i treści. Powiedziałabym nawet, że swoją odwagą w mówieniu o emocjach i tym, jak ważne są dla nas relacje z innymi ludźmi – burzy pewien przyjęty, szkodliwy porządek. Porządek, który emocje spycha na drugi plan i traktuje jako źródło problemów
i nieporozumień. Ten sam, który chłopcom zakazuje płakać,
a dziewczynkom ciskać pioruny gniewu. Bohaterowie filmu udowadniają,
że skutecznie porozumieć możemy się jedynie wtedy, gdy będziemy wyrażać emocje we wszystkich właściwych dla nas odcieniach. Oraz, że istnieją sposoby na to, aby robić to w bezpieczny sposób.

Idźcie do kin!

Moje wspaniałe życie, Łukasz Grzegorzek, 2021

Jestem z natury małomówny, mam problem z wyrażaniem emocji.
Może właśnie dlatego wziąłem się za kino?
Łukasz Grzegorzek

Ma na imię Joanna (Agata Buzek, z myślą o której reżyser napisał postać),
ale wszyscy mówią do niej „Jo”. Jest nauczycielką angielskiego w jednym
z liceów w małym miasteczku. Uczy go tak, że będąc w jej klasie, klimat prowadzonych przez nią lekcji pozostałby z Wami na lata – na czele z jej charyzmą i brytyjskim akcentem. Jo jest fajna. Świetnie się ubiera, z dumą nosi siwe włosy, więc widocznie jest na bieżąco ze światowymi trendami.
To prawdziwa kobieta – instytucja. Jest jednym z głównych filarów swojej wielopokoleniowej rodziny, gdzie większość rzeczy spoczywa na jej głowie.

Grunt to rodzinka.
fotos z filmu / Gutek Film / materiały prasowe dystrubutora

A ma tego sporo. Swoje JA dzieli na kilka różnych ról. Jest córką – zajmuje się się swoją cierpiącą na demencję mamą. Żoną – jej mąż, Witek
(w tej roli Jacek Braciak) jest dyrektorem liceum i naprawdę równym facetem. Polubicie go. Układa im się poprawnie – tak, jak to wygląda często |w małżeństwie ze sporym stażem i całym domem na głowie. Trudno się doszukać pomiędzy nimi namiętności. Bohaterka jest też matką dwóch synów – jeden z nich nadal mieszka w rodzinnym domu z razem ze swoją żoną i kilkumiesięcznym dzieckiem, drugi jest dość tajemniczym nastolatkiem o nietypowych zainteresowaniach. Jak widać, Jo zdążyła nawet zostać teściową i babcią. Warto zaznaczyć, że jej synowa jest raczej wredna
i roszczeniowa. Ten chaotyczny opis w pewnym sensie oddaje natłok obowiązków Jo oraz gwarny charakter jej codzienności. Wszystkie te społeczne role widocznie jej ciążą, chociaż zazwyczaj podchodzi do nich
ze stoickim spokojem. Swoją energię i uwagę dzieli na wszystkich najsprawiedliwiej, jak może. Ze wszystkich ról wywiązuje się jak wzorowa uczennica, a i tak w większości przypadków – to za mało. Każdy
z domowników oczekuje od niej więcej: uwagi, nieomylności, troskliwości, zaradności. Lista oczekiwań jest długa, ale nikt nie pyta Jo, jak ona się z tym wszystkim czuje. Ona sama ma wysokie poczucie odpowiedzialności za swoje obowiązki i bliskich. W taki sposób działa wiele rodzin i trudno się temu dziwić. Sęk w tym, że na powyższym wizerunku świętej Matki Polki istnieje jedna rysa. Jo jest także kochanką. Od jakiegoś czasu spotyka się z Maćkiem (Adam Woronowicz), jednym z nauczycieli, który jest dla niej odskocznią od przytłaczającej rzeczywistości.

Jo jest świadomą siebie kobietą i wie już, że na ołtarzu cudzych oczekiwań złożyła część siebie. Kobieta dociera do momentu, w którym próbuje ją odzyskać i przypomnieć sobie na nowo, kim tak naprawdę jest – dając przestrzeń tłumionym latami emocjom i potrzebom. A co to za typ, ten Maciek? To poczciwy facet o ułańskiej fantazji. Na dodatek jest w niej po uszy zakochany. Widocznie właśnie tego potrzebuje nasza bohaterka, aby choć na chwilę złapać oddech i zapytać samą siebie: czego mi potrzeba? Biorąc przy tym na siebie ryzyko społecznego potępienia (szczególnie wysokiego
w małym miasteczku), toksycznego osądzania, rozpadu rodziny… i spirali paranoicznych wydarzeń.

My w tym czasie mamy okazję przemyśleć:

💙 Czego zabrakło Jo w relacjach z bliskimi? Czego było za dużo?
💙 Czy naprawdę MUSIAŁA sprostać narzuconemu jej wizerunkowi? Kto jej go narzucił?
💙 Współczesna Matka Polka – czym się zajmuje i jak może wpływać na nią nadmiar obowiązków?
💙 Czy można się wypalić w relacjach z rodziną?
💙 Jak możemy dbać o siebie nawzajem, aby tego uniknąć?
💙 Czy mimo pełnionych ról mamy prawo powiedzieć DOŚĆ?
💙 Czym kobiety przepłacają wizerunek grzecznej dziewczynki?
💙 Kobieca seksualność – dlaczego to wciąż temat tabu, a w kinie nadal zdradzają głównie mężczyźni?

To już trzeci film reżysera opowiadający o trudnościach wynikających
z bliskich relacji. Dwa wcześniejsze – Kamper i Córka trenera – to osobne tematy, oba zdecydowanie warte uwagi. Wszystkie trzy charakteryzuje poczucie humoru i lekkość prowadzenia postaci, mimo całej emocjonalnej dramaturgii, która się pomiędzy nimi rozgrywa. W Moim wspaniałym życiu nie brakuje nawet kryminalnej intrygi – więc podczas tego seansu dla każdego znajdzie się coś dobrego. Idźcie do kin, naprawdę warto. Film został doceniony w Gdynii, a przed nim jeszcze wiele do zdobycia. Na czele
z sercami umęczonych swoją codziennością i powinnościami wobec społeczeństwa kobiet.

Trailer
Do posłuchania.

Proste rzeczy, Grzegorz Zariczny, 2020

…czyli niezałatwione sprawy z przeszłości i filmoterapia planowa.

Dziś o filmie, który w pokwarantannowym, kinowym zawrocie głowy mógł dość łatwo umknąć Waszej uwadze. Chciałabym go mimo wszystko ocalić odrobinę od zapomnienia, bo w moim odczuciu jest w nim coś, co uchyla drzwi nieoczywistym wątkom psychologicznym w polskim kinie i jest dla niego powiewem świeżości. Niełatwo jest przekazać emocje i sprawy związane z duchowością na ekran. Podczas oglądania istnieje duże ryzyko „odbicia się” od emocjonalnych aspektów, na których zależało twórcom. Przez ten film moim zdaniem można przejść całkiem łagodnie. Musicie wiedzieć, że odtwórcy dwóch głównych ról nie posiadają wykształcenia aktorskiego, a scenariusz przenika się z autentycznymi wydarzeniami z ich życia i ma dla reżysera charakter autobiograficzny. Proces produkcji filmu był także emocjonalnym procesem dla aktorów, który domknął się wraz
z zakończeniem zdjęć. Wiele scen z filmu jest improwizowanych i stanowi autentyczny zapis naturalnych interakcji pomiędzy aktorami.
Filmoterapia planowa w niemalże czystej postaci – to lubię!

W pierwszej scenie poznajemy Błażeja (Błażej Kitowski), który właśnie nagrywa grupową sesję pracy z ciałem metodą Alexandra Lowena… brzmi tajemniczo, prawda? Takie może się na pierwszy rzut oka wydawać. Jest to metoda pracy z ciałem, która opiera się na założeniu, że nasze ciało pamięta wszystkie przeżyte przez nas emocje i traumy. My zaś poprzez pracę z nim możemy uwolnić nagromadzone emocjonalne napięcie i dzięki temu powrócić do psychicznej równowagi. Nie musimy jednak wiedzieć tego wszystkiego. Wystarczy, że popatrzymy na poruszonych uczestników spotkania i wysłuchamy tego, co mówią o swoich doświadczeniach.
Błażej obserwuje ten proces z bliska i okazuje się, że nie pozostaje na niego obojętny.

Nasz bohater wraz ze swoją żoną Magdą (Magdalena Sztorc) oraz córką Alą (prawdziwa córka odtwórcy roli) zamieszkują w jednej z podwarszawskich wiosek. Zawsze marzyli o ucieczce od zgiełku miasta i wreszcie im się to udało. Właśnie zaczynają remont niedużego domu. Czujemy od nich wolnego ducha. Mogłoby się wydawać, że mają wszystko, co jest potrzebne do szczęścia… a jednak coś nie gra. Pomiędzy Błażejema Magdą wieje chłodem. Ona jest zmęczona i mamy wrażenie, że nie wie czego chce, on próbuje wywiązywać się z roli męża i ojca na wszystkie znane sobie sposoby, a tych niestety nie zna zbyt wielu. Błażej wychował się bez ojca, który pił i porzucił rodzinę. Na domiar „złego”, po obejrzeniu sesji metodą Lowena bohater zaczyna kopać w swoich wspomnieniach i emocjach, próbując zrozumieć swoją przeszłość i skonfrontować się z krzywdami, jakie wyrządził mu ojciec. Przewodnikiem w tym procesie staje się dość tajemniczy wujek (Tomasz Schimscheiner i jego niebywały warsztat aktorski), który udziela Błażejowi odpowiedzi na nurtujące go pytania. Dla Magdy to niepotrzebne wywoływanie duchów, grzebanie w starych ranach. Błażej za to zaczyna zdawać sobie sprawę, że bez rozprawienia się z duchami przeszłości
i oczyszczenia ran ma niewielkie szanse na zbudowanie szczęśliwego
i stabilnego „tu i teraz”.

Problemy z ogrzewaniem domu mają też symboliczny wymiar.
fotos z filmu / Nowe Horyzonty / materiały dystrybutora

Warto zastanowić się nad paroma sprawami:

🖤 Jak Magda i Błażej komunikują się ze sobą?
🖤 Jak nazwać towarzyszące im uczucia?
🖤 Jak nazwać stojące przed każdym z nich wyzwania?
🖤 Co konkretnie może stać na drodze do ich szczęścia?
🖤 Co uzyskał Błażej „rozdrapując rany”? Co to był za proces?

Przy całej psychologicznej głębi filmu, reżyser zadbał o to, by nie był on dla widzów szczególnie obciążający. Nie brakuje w nim zabawnych scen (absolutnie genialny pies Falkor) i interesujących sekwencji. Fabuła płynie swobodnie i nabiera często barw charakterystycznych dla dokumentu,
a jednak nie brakuje wątków, które można śledzić z żywym zainteresowaniem. Jest w tym coś z podglądactwa, jakbyśmy weszli do domu bohaterów i okiem kamery przyglądali się ich intymnej codzienności.
Dzięki temu – jeśli tylko chcemy poświecić temu uwagę – możemy jak
w lustrze obejrzeć to, czego w naszej codzienności i bliskości z drugim człowiekiem doświadczamy sami. Dla mnie jest to film o odwadze do konfrontowania się z demonami przeszłości na rzecz szczęśliwszej przyszłości. Z myślą o sobie i osobach, które się kocha.

Sound of metal, Darius Marder, 2019

Przeciągłe, piszczące w uszach sprzężenie systemu dźwiękowego przerywa ostre i głębokie brzmienie gitary elektrycznej. W sali jest ciemno i gorąco. Zmęczony perkusista w skupieniu, z zamkniętymi oczami przysłuchuje się każdemu dźwiękowi wydawanemu przez gitarzystkę i wokalistkę w jednej osobie. Moment ciszy. Oczekiwanie na kolejny dźwięk… Jeszcze chwila… Cztery uderzenia drewnianych pałek i pierwszy głuchy huk bębnów. Zrozumieli się bez słów, właśnie zaczynają kolejny kawałek. Publiczność go zna i natychmiast żywo reaguje.

On nazywa się Ruben (Riz Ahmed), na klatce piersiowej wytatuowane ma „PLEASE KILL ME”. Ona – Lou (Olivia Cooke), jest jego dziewczyną. Łączy ich miłość do muzyki i siebie nawzajem. Wspólnie tworzą, koncertują
i podróżują po kraju. Wyglądają na udaną parę. Dzień po wspomnianym koncercie Rubenowi zaczyna szumieć w uszach, jednak początkowo ignoruje ten fakt. Niestety jest to zapowiedź nagłej, obuusznej utraty słuchu, która ma nastąpić w ciągu kolejnych kilkunastu godzin. Następnego dnia oboje budzą się w nieznanej dla siebie rzeczywistości. Ruben nie słyszy prawie nic, jednocześnie tracąc świat, który dotąd znał. Pod znakiem zapytania staje przyszłość jego kariery muzycznej… oraz związku.


Kadr z filmu / Amazon Studios / materiały dystrybutora

Ruben nie jest typem, który biernie czekałby na zmianę na lepsze. Bierze swój los we własne ręce i postanawia działać. Gorączkowo. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że jego utrata słuchu jest nieodwracalna i z ogromnym zapałem szuka możliwych dla siebie rozwiązań. Lou obserwuje jego poczyniania ze współczuciem i przerażeniem w oczach, równie gorączkowo próbując odnaleźć się w nowej sytuacji. Ruben oczekuje od niej wsparcia, więc tym bardziej bolesna jest dla niego jej decyzja – dziewczyna dla jego dobra postanawia pozostawić go w ośrodku dla osób niesłyszących, aby tam nauczył się funkcjonować w świecie, w którym nagle się znalazł. Nasz bohater zgadza się na to, mimo początkowego sprzeciwu. Nie wie jeszcze, jak niezwykła i trudna droga go czeka oraz jakich lekcji udzieli mu tamtejszy guru – w tej roli niebywały, wychowany przez niesłyszących rodziców Paul Raci. Na miejscu okaże się, że zdrowie Rubena zostało nadwątlone nie tylko hałasem, ale również dragami wszelkiego kalibru.

Trudno jest ubrać w słowa ogrom emocji i uczuć, jakich doświadcza Ruben. Nic nie zastąpi samodzielnego przyjrzenia się im oraz nazwania. Warto zastanowić się nad kilkoma sprawami:

💙 Relacja Lou i Rubena – jak kształtuje się w czasie filmu i jak wpłynęła na nią utrata słuchu?
💙 Kolejne etapy straty – jak Ruben próbuje radzić sobie z emocjami i jaka jest ich dynamika podczas całego filmu?
💙 W jaki inny sposób para mogła poradzić sobie z problemem?
💙 Czy Ruben zyskał coś nowego poprzez swoją stratę? Co to jest?
💙 Jaki wydźwięk ma zakończenie?

Sound of metal to niezwykle intymny film o stracie. Udźwiękowienie filmu bardzo zbliża nas do głównego bohatera, pozwalając nam jeszcze wyraźniej doświadczać jego wzlotów i upadków. Role aktorskie Rubena i Joe nie bez przyczyny zostały wyróżnione nominacjami do Oscara. Ten film może okazać się szczególnie ważny dla osób, które w jakikolwiek sposób doświadczają problematyki niedosłuchu – we własnym życiu, życiu swoich bliskich… lub swoich pacjentów. Nie bez znaczenia pozostaje temat uzależnienia, który jest równoległym wątkiem. Niezależnie od wszystkich wątków – jest to film o nie poddawaniu się. Podsumowując – Sound of metal aż brzęczy od wewnętrznych rozterek bohatera oraz poruszających prób zbudowania swojego świata na nowo. Jeśli damy się poprowadzić Rubenowi – to co ma nam do przekazania z pewnością pozostanie z nami na długo. Film dostępny jest na Amazon Prime.